19.03, 6:55 - Wylot z Manchester do Maroka
Po lekkim opóźnieniu, krążeniu, lądujemy ok. 11:00 w Marakeszu. Państwo
"policyjne". Dają jakieś karteczki, które należy wypełnić i oddać
celnikowi. Wpisuje się imię, nazwisko, zawód, numer paszportu, adres
zamieszkania, skąd się przybywa, dokąd się udaje, w jakim celu, i tym
podobne pierdoły, jak na Ukrainie. Kontrola się ciągnie, kolejki
długie. Upał w porównaniu z Europą.
Po przejściu tego zbędnego etapu (inne kraje obywają się bez tego,
także królestwa) dopadamy do kantoru. Kurs zupełnie korzystny! Hotele,
banki, bankomaty w mieście mają dużo gorszy.
Na lotnisku spokojnie. Nikt nie napada z ofertami hoteli, taxi, itd.
Zupełnie przyzwoicie. Po dojściu na postój taxi już zabawa. Za
dowiezienie do centrum Marakeszu chcą 10 funtów, czyli 160 Dirhamów. Na
mój śmiech spuszczają z tonu na 10 Euro, czyli 100 Dh. Wciąż się
śmieję. Pytają się o moją cenę. Rzucam 50 Dh. Teraz oni się śmieją.
Mówią, że autobusem zapłacę 30 Dh, więc z dziewczyną 60, i proponują
ostatecznie 70 Dh. Macham ręką, idziemy na inny postój. Tam to samo.
Zmęczony, zgadzam się na 80 Dh i jedziemy mercedesem S-classe do hotelu
Ibis.
Hotel zaklepałem przez internet, w sumie 560 Dh. Nie wiedziałem co nas
w Afryce czeka, więc na pierwszą noc wolałem coś "europejskiego" dla
aklimatyzacji. Ale w Europie jest dużo czyściej! Trudno. Monia od razu
spostrzega basen. Wbijamy się w stroje kąpielowe, i siup do lodowatej
wody! Monia odważna, pływała, ja się tylko zanurzyłem. Później leżaczki
na trawkę i opalanko. Ponoć było +28.
Po odpoczynku ruszamy na podbój Marakeszu. My ubrani jak na lato
przystało. Marokańczycy niejednokrotnie w kurtkach zimowych, a ci na
motorkach często w rękawiczkach! Musiało być im jeszcze zimniej jak na
nas patrzyli ;-)
Chodzimy na piechotkę starając się omijać ruchliwe ulice. Wszędzie
smród spalin, hałas trąbienia. Trzeba uważać przy przechodzeniu przez
ulicę. Pieszy nie ma żadnych praw. Pełno policji. Czasami kogoś
zatrzymują, sprawdzają papiery, starają się chaos ruchu ulicznego
opanować gwizdkami.
Zmierzamy do placu Dżalma El Fna (różnie to piszą, wymawiają). Plac
pustawy. Cóż, jest południe, oni pewnie przyzwyczajeni, że o tej porze
się nie handluje, bo mózg się lasuje jak jest +60 latem. Dopadamy do
soczków ze świeżych pomarańczy. Pijąc go mam to samo wrażenie co na
Cyprze, że te pomarańcze jakieś "podkręcone", bardziej aromatyczne,
słodkie, ale to raczej nasze "polskie" są do kitu. Soczek pycha, więc
dalej w plac, w słynne suki. A tam, o matko, to trzeba przeżyć, opisać
się nie da. Feeria barw wywieszonych towarów, wachlarz zapachów, z
rozkładającym się na słońcu moczem osła włącznie, gwar sprzedawców
nawołujących w kilku europejskich językach do siebie. Monia dopada do
chust. Pan od razu proponuje dwie, mnie jedną na głowie już zawiązał,
Monię bajeruje innymi materiałami, bluzkami, itd. Potargowała się
dziewczyna i zakupu dokonała, pierwsze koty za płoty ;-)
20.03 - Marakesz
Kolejny dzień witamy śniadaniem w hotelu. Kilka krosantów, kawka,
soczek, za 50 Dh. Później się śmiejemy z siebie, że tak przepłaciliśmy.
Plecaki na grzbiet i szukamy informacji turystycznej (ponoć nie
działa). Przed dotarciem tam zatrzymujemy się w biurze podróży, gdzie
bardzo sympatyczny pan udziela wielu cennych wskazówek. Idziemy na
dworzec autobusowy. Na dworcu dopada nas tłum "doradców". Opędzam się
od nich, ale w końcu się okazuje, że tylko oni wiedzą cokolwiek, bo
informacji nie ma, tablica informacyjna pusta, generalnie "wolna
amerykanka". Jeden gościu twierdzi, że autobusu do Imlil nie ma, bo to
mała dziura, zaraz pojawia się inny i proponuje podwiezienie swoim taxi
za 450 Dh. Brykam śmiechem. Na to inny proponuje, że jak chcemy tanio,
to za 10 Dh na pace Kamaza ;-)
Opuszczamy ten "uroczy" dworzec i z buta na Dżalmę. Tam znów soczek, i
dalej na inny plac szukać transportu. Po drodze zaczepia nas pan,
któremu ładnie z oczu patrzy. Proponuje swoim taxi do Imlil za 250 Dh,
zbijamy do 200 i ruszamy. 70 km jazdy, serpentyny, ale przyzwoita
droga, mercedes "beczka" wspina się na 1700 m n.p.m. Wysiadamy.
Oczywiście zaraz dopada nas tłumek "hotelarzy". Mówię na lewo i prawo
"nie, "nie". Ciągnę Monię jak najdalej od nich. Ale jeden uparty, idzie
za nami, gada jak to ładnie u niego, i tanio, i nie daleko, i
"przyjacielu" do mnie mówi, i w końcu ulegamy. Idziemy za nim, nie 5
ale z 20 minut, do wioski ciut wyżej Imlil. Pokoje spoko, prysznic
razem z "kibelkiem" w stylu dziura w podłodze (w tę dziurę spływa
wszystko, nawet woda z umywalki w holu). Za pokój chce 30 Dh od osoby
(ponoć w Imlil byłoby to nawet 100), za prysznic ciepły (muszą tu
dotargać butlę z gazem, więc rozumiem) płaci się 10. Pan od razu
proponuje wypożyczenie raków i czekanów (raki po 50 Dh od osoby na
dobę, czekany po 100). Po dłuższych konsultacjach z miłymi Francuzami z
którymi będziemy mieszkać, decyduję się tylko na raki dla nas. Próbował
nam wcisnąć półautomaty, ale Francuzki przyjaciel odradził i w Imlil
dobrałem paskowe. Ceny raków nie da się negocjować, wszyscy mają tę
samą.
21.03 - Imlil
Spało się spoko. Chłodno w nocy, ale śpiworki dają radę. Rano pobudka
ok. 8:00, nie spieszymy się, śniadanko, pakowanie, i w drogę, do
schroniska położonego ponad półtora kilometra wyżej i odległego w linii
prostej o 8 km. Marsz
bez przewodnika, bez osiołków, z plecakiem 90 L na plecach moich i 20 L
na plecach Moni. W plecakach śpiwory, karimaty, raki, stuptuty,
ubrania, picie, jedzenie, aparaty fotograficzne. Idzie się najpierw
drogą pod górę, później schodzi z tej góry do następnej wsi, przechodzi
przez kamieniste koryto rzeki, wchodzi na kolejne zbocze, którym
dociera się do wioski "z białym kamieniem" (wciskają tam dywany!),
kolejnym zboczem aż do granicy śniegu, i za kolejnym pagórkiem widać
już schronisko. Pogubić się nie da, więc nie wiem po co ci przewodnicy.
Idzie się długo, nam to zajęło z 6 godzin. Dla mnie, mieszczucha
wożącego tyłek autem, było to prawie ponad siły. Wysiadło mi po drodze
kolano. Kuśtykałem, ale pocieszając się z Monią nawzajem, dotarliśmy.
W schronisku jak w ulu. Trochę chętnych na Toubkal, trochę już po tym
przeżyciu, trochę narciarzy, i biegający tubylcy robiący posiłek.
Schronisko, mimo iż to nie jest sezon, było pełne. Lepiej tam dotrzeć
na tyle wcześnie, aby się załapać na łóżko. Łóżka piętrowe, połączone,
sufit zagrzybiony, materace wilgotne. Z wyglądu przypominało mi to
zdjęcia jakiegoś obozu koncentracyjnego. Za spanie płaci się 130 Dh, do
tego doliczają 20 Dh za gaz (chyba do piecyka w jadalni i łazience,
oraz 15 Dh za drewno do kominka. Dodatkowo płaci się za: gorącą wodę (5
Dh do każdej własnej chińskiej zupki), herbatę (5 Dh za kubek),
przepysznie pachnące jedzonko (jeśli się takie zamówi, 50 Dh). Kibelki
z łazienkami pod ziemią, cuchnie i zimno potwornie. Wieczorem w jadalni
z kominkiem zbierają się wszyscy, bo to jedyne ciepłe miejsce. Koło
21:00 towarzystwo rozchodzi się do łóżek. Rzuciłem na te mokre materace
karimaty aby nam nerek nie odmroziło. Spał się jako-tako, choć Monia
chyba oka nie zmrużyła z powodu chrapania mojego i współspaczy.
Schronisko jest na wysokości 3200 m n.p.m. i jest tam zasięg dla
komórek! 22.03
Budzimy się o 5 rano. Wstać się nie chce jak cholera. Ale wokół też już
wstają. Schodzę połamany na dół, do jadalni, myślę "nie dam rady",
kolano boli, a tu jak by nie patrzeć, przed nami 5 godzin marszu na
górę, 2 z powrotem do schroniska, i 5 do wsi. Monia wściekła, bo nie
wyspana. Jemy kanapki, jogurty. Pakujemy się w mały plecak z piciem,
jedzeniem i
aparatami, na nogi raki (oboje mamy je na nogach po raz pierwszy w
życiu), stuptuty, i ruszamy. Znów przypominam ewentualnym chętnym na
taką wycieczkę - przewodnicy nie są do niczego potrzebni, szkoda na to
kasy. Raki okazują się niezbędne! Czekany (nawet nie wiedzielibyśmy jak
ich użyć) można sobie odpuścić, ale kijki do podpierania można zabrać,
jest tam dość stromo przy kilku podejściach.
Bezchmurne niebo, chłód poranka, trochę wieje. Ale maszerujemy, stopa
za stopą, czasami zygzakiem. Co kilka kroków odpoczynek. Kolano boli
jak cholera. Efektów choroby wysokościowej brak, chyba tu nam geny
dopisały. Trochę nam się spieszy. Późno wyszliśmy, ja kuleję, a musimy
zdążyć wrócić do wsi bo na kolejny nocleg w schronisku nas nie stać.
Powoli oswajamy się z myślą, że nie wejdziemy na Toubkal. Hen, przed
nami, jacyś ludzie oddalają się z każdą minutą, za nami ciągnie się
jakaś para Anglików. Ale maszerujemy. Męczący jest zapadający się
śnieg. Ja co rusz wypowiadam niecenzuralne słowa z powodu bólu, na
szczęście Monia z przodu daleko i nie słucha. Mamy kryzysy wiary w
nasze możliwości. Obiecujemy sobie, że jak już nie będziemy dawać rady,
to zawracamy, ale wciąż maszerujemy do przodu, obiecując sobie, że tam,
przed nami, na tym płaskim, przy tym kamieniu, zjemy, napijemy się, i
tak maszerujemy.
Docieramy do kolejnego "płaskiego", "kamienia", rozglądamy się, dech w
piersiach te widoki zapierają! Z jednej strony prawie Saharę widać, z
drugiej prawie Atlantyk. Powietrze przejrzyste, żadnej chmurki, niebo
kosmicznie niebieskie, cieplutko, bezwietrznie. Chciałoby się tu
pozostać na całe życie i kontemplować. Trzaskamy foty, jemy, pijemy,
łapiemy kolejną wiarę w siebie i ruszamy.
Ci, którzy już schodzą, pocieszają, że tylko pół godziny marszu pod tę
stromiznę z kamieniami i jesteśmy u celu. Ruszamy zatem. Ostatnie metry
do szczytu to już luzik. Doskonały śnieżek. I znajomy stożek z
poskręcanych kątowników.
Udało się! Jesteśmy na wysokości ponad 4100 m n.p.m. Szliśmy 4,5
godziny od schroniska. Jest piękna pogoda! Nie wieje. Praży jak na
plaży. Zapomnieliśmy o kremikach UVA, więc Monia wciera jakiś pożyczony
od Niemca, ja udaję twardziela (bo na razie nic nie czuję). Widoki
nieprzeciętne. Teraz, skoro się udało, jakieś Kilimandżaro mi się
przypomniało ;-) He he, wystarczy jak na razie. Udowodniliśmy sobie, że
możemy, mimo bólu i zwątpienia, braku wcześniejszych doświadczeń,
treningu. Dobrze, że to taka grzeczna górka, łagodna, a daje
satysfakcję.
Zejście jest dość proste. Najprostsze by było z nartami na nogach, ale
na pupce też się dobrze zjeżdżało (choć roztopiony słońcem śnieg
zmoczył gacie na kilka godzin). Mimo kolana, zejście zajęło nam
półtorej godziny. Wymiękłem przy samym schronisku, gdy pogadaliśmy z
wchodzącymi Polakami. Oni właśnie przyszli z Imlil, i skoro przyszli
tak wcześnie, to postanowili rzutem na taśmę, wejść na Toubkal. A my
ledwo doczłapaliśmy do schroniska. Mają ludzie kondychę!
Przy schodzeniu, upadałem z powodu kolana setki razy. Nawet ładnie to
wyszło ;-)
W schronisku zjedliśmy po zupce z papierka. Pogadaliśmy z miłym panem
ze śląska, który opowiadał jak podróżuje właśnie po Maroku z grupą
miłych ludzi, opowiadał o pustyni, Nomadach, zawałach i bypasach, Mount
Everestach... Wymiękłem. Mnie chyba nigdy nie będzie dane tyle przeżyć.
Spakowaliśmy się i ruszyliśmy z powrotem do Imlil, aby zdążyć przed
zachodem słońca. Szło się gładko, choć pod koniec mieliśmy dość. Na
stopach porobiły się obtarcia, pęcherze. Ja czułem plecak wszędzie,
oczywiście jako coś niepożądanego. Już nawet zabrakło sił do
podziwiania krajobrazów. Schodziliśmy w milczeniu, patrząc pod nogi,
aby nie wybić zębów z powodu kamieni (choć bywało blisko). Wróciliśmy
do wsi ok. godz. 18:00. Szybka zmiana obuwia, i jeszcze zejście do
Imlil po zakupy, zwrot raków. Berber, u którego mieszkaliśmy, najpierw
twierdził, ze nie weźmie kasy za to, że zostawimy u niego bagaże, ale
później policzył sobie za to 40 Dh. A twierdził, że on Berber, że nie
jest taki napalony na kasę jak Marokańczycy. Jednak oni wszyscy widzą w
nas, turystach, tylko pieniądze. Zamówiłem u niego Tadżin na kolację.
Zrobił, ale nie powaliła mnie ta potrawa na kolana. Może dlatego, że
już czułem dreszcze po spaleniu się słońcem, a może z powodu 12 godzin
marszu w nogach.
23.03 - Imlil
Spaliśmy tej nocy jak zabici. Wstaliśmy niespiesznie. Poopalaliśmy się
na balkonie (jakby nam mało było podczas zejścia!). Monia w staniku i
sukience wzbudzała sensację wśród Berberów, których męska część co rusz
wyglądała zza murka. Ale spoko, mają anteny satelitarne, więc na pewno
niejedno już widzieli ;-)
Z miłymi Hiszpanami, z którymi mieszkaliśmy tej nocy, wzięliśmy taxi
(po 80 Dh od łebka) i wróciliśmy do Marakeszu. Cholerny Berber
taksiarz, przyjaciel Berbera u którego mieszkaliśmy, chciał nas
wysadzić na postoju przed miastem, twierdząc, że to jest postój taxi, a
jak chcemy do centrum, to jeszcze 50 Dh chce. Pokrzyczałem sobie na
niego, dostał 20 i zawiózł nas gdzie chcieliśmy. W tym kraju trzeba
wciąż o coś walczyć, szczególnie o zawartość własnego portfela ;-)
W Marakeszu tradycyjnie już soczek pomarańczowy na Dżalmie. I
zastanawiamy się co dalej. Monia wymieniła kolejne funciaki abyśmy
mogli podróżować dalej. Opcje są dwie: Sahara lub Ocean Atlantycki. Ale
aby się tam dostać, trzeba się udać na dworzec autobusowy. A to
kolejna, długa historia. Zapraszam na drugą część podróży